Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

[M] Kiedy świat się kończy

A/N: Wróciłam. Tekst niezbetowany, bo moja beta ma aktualnie wiele na głowie, ale jak znajdzie dla mnie odrobinkę czasu, to tekst na pewno zostanie edytowany. Jeśli znajdziecie jakiś błąd, wspomnijcie mi o tym, starałam się poprawić wszystkie, jednak mogło mi coś umknąć.

Tytuł: Kiedy świat się kończy
Autor: Marietta Riddle
Rodzaj: Miniaturka
Długość: 1 975 słów
Fandom: Harry Potter
Parring: Drarry
Beta: Brak
Ostrzeżenia: Mocno przygnębiające, Kal płakała po przeczytaniu.

Kiedy świat się kończy


            Wszystkim, co widział Draco Malfoy był ogromny plac, pokryty wyschniętą trawą, otoczony kolczastym drutem i wieżyczkami w rogach. Kilkadziesiąt metrów od niego znajdowały się szare, odrapane budynki, przypominające stare, od dawna nieużywane magazyny, które aktualnie służyły jako sypialnie. Gdzieniegdzie na ziemi siedzieli ludzie – w niewielkich grupkach bądź pojedynczo. Byli to ludzie o pustych twarzach. Siedzieli, wpatrzeni w pola gdzieś w oddali, za drucianym ogrodzeniem, bądź w siebie nawzajem. Niektórzy kołysali się lekko, do przodu i do tyłu. Niemalże nikt się nie odzywał, ludzi, którzy wymieniali między sobą zduszone szepty można było policzyć na palcach jednej ręki. Między siedzącymi na ziemi ludźmi przechadzali się umundurowani mężczyźni z karabinami w rękach i mieszanką nienawiści i obrzydzenia w oczach. Dla nich ci ludzie byli karaluchami i tylko czekali na okazję, by móc je rozdeptać na miazgę.
            Lord Voldemort nigdy nie obawiał się mugoli. Byli dla niego gorszym gatunkiem, który nie był godny stąpania po tym świecie, ale nigdy się ich nie obawiał. Był stuprocentowo pewien, że mugole nie stanowią żadnego zagrożenia i ta pewność go zgubiła. Zgubiła cały czarodziejski świat.

            Zaczęło się od Drugiej Wojny Czarodziejów. To była straszna wojna, w której obie strony poniosły równe sobie, wielkie straty. Na tyle wielkie, że nie umknęło to uwadze mugoli, którzy wbrew mniemaniu Czarnego Pana, wcale nie byli tacy głupi. Po dokładnej analizie badań i obserwacji doszli do wniosku, że znajdują się wśród nich ludzie o nadprzyrodzonych mocach i co więcej, toczą między sobą wojnę, która może dotknąć i ich.

            Jedno z mugolskich powiedzeń twierdzi, że najlepszą obroną jest atak i mugole najwyraźniej obrali je za swoje motto. Nie tylko Brytyjczycy, ale i Niemcy, Austryjacy, Rosjanie, Bułgarzy, Francuzi i Włosi obrali zawładnięcie nad czarodziejami za swój cel. Nadzwyczaj szybko się zorganizowali, zebrali swoje wojska i najlepszą, najgroźniejszą broń i, odkrywszy jak odróżnić osobę magiczną od niemagicznej, ruszyli do walki.

            Żaden z czarodziejów się tego nie spodziewał, a już na pewno nie Voldemort, który od dłuższego czasu był zaślepiony wizją zbliżającego się zwycięstwa. Nie dane było mu jednak tryumfować, gdyż jako jeden z pierwszych znalazł się w mugolskiej niewoli. Draco wraz z Mariettą zjawili się tu kilka tygodni po nim, kiedy podczas brawurowej próby zamachu na bułgarskiego prezydenta, będącego jednocześnie zasłużonym generałem, który podjął się przewodzenia wielonarodową armią, wpadli prosto w ręce uzbrojonych wojskowych, poinformowanych przez kogoś o ich planach.

            Z początku Draco nie bał się wcale. Podobnie jak Voldemort, nie wierzył w potęgę mugoli. Uważał raczej, że za niedługo, przerażeni ich mocą, wypuszczą ich bądź przybędzie superbohater Potter i uwolni ich wszystkich, skazując mugoli na powolną, bolesną śmierć.

            Nic takiego się nie wydarzyło. Czarnego Pana rozstrzelano najzwyklejszą, mugolską bronią i zakopano przy ogrodzeniu, a Potter przybył tu dzień później, ale wcale nie w rajstopkach i pelerynce supermana, ale spętany ciasno powrozem, jak dzikie zwierzę. Z tego co Draco zdołał uchwycić z dyskretnych szeptów, wymienianych jeszcze wtedy przez więźniów, Potter sam stawił się u bułgarskiego prezydenta, tego samego, którego planowali zamordować z Mariettą, żądając uwolnienia czarodziejów. Antonin Romanow roześmiał mu się szyderczo w twarz, a potem ryknął coś po bułgarsku, na co do gabinetu wpadli uzbrojeni żołnierze. Potter trafił tu posiniaczony i opuchnięty tak bardzo, że Draco byłby go nie poznał, jedynie stłuczone, okrągłe okulary i wyraźna, zaczerwieniona blizna w kształcie błyskawicy sprawiły, że nie miał wątpliwości, kogo ma przed oczami.

            Potter z początku był przerażony. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Mugolscy przywódcy wiedzieli, kim jest Harry Potter i ten był pewien, że gdy tylko zjawi się w drzwiach Romanowa, ten bez mrugnięcia okiem przystanie na jego żądania. Tymczasem był tutaj, pobity i poniżony, wśród wszystkich innych, których spotkał ten sam los.

Przez pierwsze dwa dni leżał na swojej pryczy praktycznie w bezruchu, z zamkniętymi oczyma. Draco zastanawiał się, czy jest nieprzytomny, czy może śpi, a może jednak jest tak wycieńczony, że nie ma siły ruszyć małym palcem. Trzeciego dnia Potter wyszedł na zewnątrz. Wyglądał trochę lepiej, niż wtedy, gdy go przyprowadzili, a raczej przynieśli, ale i tak urodą nie grzeszył. Oboje oczu miał podbite, dolną wargę napuchniętą do monstrualnych rozmiarów, lewą rękę zawiniętą brudną szmatą, na której widniały ślady zaschniętej już krwi. Idąc, kuśtykał i kulił się lekko.

Kiedy zobaczył Draco i Mariettę, jego oczy rozszerzyły się na tyle, na ile pozwalała im opuchlizna. Draco nie był pewien, czy to ze zdziwienia, czy ze strachu. A potem po prostu usiadł na spieczonej słońcem ziemi, zachowując bezpieczną odległość. Nie odzywał się do nikogo, pewnie dlatego, że prócz ich dwójki, nikogo tutaj osobiście nie znał, chociaż jego znali wszyscy.

Następnego dnia usiadł kilka kroków bliżej, rzucając dwójce szkolnych znajomych niepewne spojrzenie. I każdego dnia siadał coraz bliżej. Kiedy minął tydzień, a Potter wciąż siedział kilka metrów od nich, Draco stracił cierpliwość. Zerwał się na równe nogi, stojąc przez chwilę w miejscu i próbując opanować zawroty głowy i ruszył w stronę Pottera, odprowadzany zaciekawionym wzrokiem Marietty.

Potter wyglądał na przerażonego, widząc Draco zmierzającego w jego stronę. Strażnicy lubili wyładowywać się na swoich więźniach, a Potter był takim łatwym celem… Po tygodniu niemal ciągłych ciosów ze strony mężczyzn, jego strach na widok zbliżającego się dawnego wroga był uzasadniony. Ale Draco nie chciał bić Pottera. Nie chciał zrobić mu nic złego.

Opadł na kolana przy wciąż posiniaczonym Potterze i, sam nie wierząc w to co robi, oplótł go mocno chudymi ramionami i przycisnął do siebie. Potter najpierw pisnął, jednak kilka sekund później westchnął, pozwalając przyciągnąć się bliżej i chowając twarz w ramieniu Draco.

– Idiota, idiota. – Draco chciał, żeby zabrzmiało to groźnie i karcąco, jednak jego głos okazał się nadzwyczaj miękki. – No i po co ci to było?

– Chciałem was ratować. – wymamrotał Potter, przekręcając głowę i opierając policzek na jego barku.

– Pieprzony superbohater. Myśl czasem o sobie. – Draco nachylił się nad nim i cmoknął go w czarne, poplątane włosy.

            Następnego poranka Potter wyraźnie zamierzał usiąść obok niego, ale Draco spanikował. Odwrócił się do Pottera plecami, rozpoczynając jakąś banalną rozmowę z Mariettą, która patrzyła na niego zdziwiona, gdyż odkąd się tu pojawili, Draco nie mówił zbyt wiele. Kiedy odważył się zerknąć na Pottera, zobaczył jak ten, speszony, siada w tym miejscu, w którym usiadł w trzeci dzień pobytu tutaj. I od tej pory siadał już tylko tam.

            Draco nie wytykał sobie, że w ten malowniczy sposób spieprzył swoją potencjalną przyjaźń z Potterem. Nie miał na to siły. Jeść dawali im co dwa, trzy dni i to w małych ilościach. Bito ich zwykłymi kijami, czasami rzucano kamieniami. Draco oderwał kawałek rękawa swojej więziennej koszuli, by owinąć krwawiącą łydkę Marietty, kiedy jeden ze strażników, ten gruby z wąsami, z całej siły uderzył ją kijem z kolcami, żeby szła szybciej do magazynów.

            Któregoś dnia, kiedy przyszedł dzień posiłku, okazało się, że porcje jeszcze bardziej się uszczupliły. Przyczyną była coraz większa liczba więźniów obozu, w tym wielu ich znajomych, i wciąż taka sama ilość jedzenia do rozdzielenia na wszystkich. Draco spojrzał nienawistnie na młodą kobietę, która dostała wyraźnie większą porcję od innych, ale to była ta Sarah, która rozkładała nogi przed każdym ze strażników. Zerknął na swoje kolana. Kromka razowego chleba i dosłownie kilka łyżek zimnej zupy w aluminiowym garnuszku. Przez głowę Draco przemknęło wspomnienie obfitych kolacji w rodzinnym dworze i szkolnych uczt, przez co jego żołądek ścisnął się boleśnie.

            Podniósł głowę. Potter się w niego wpatrywał, a kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się, natychmiast odwrócił głowę. Wtedy i Draco stracił zainteresowanie, a przeniósł je na więcej niż skromny posiłek. Jadł z twarzą niemal wciśniętą w garnuszek, nie ufając swoim trzęsącym się rękom i bojąc się upuścić nawet jedną kroplę. Kiedy z żalem przełykał ostatnią łyżkę zupy, kątem oka zauważył ruch. To Potter wracał do magazynów szybciej niż zwykle.

            Draco od zawsze miał zwyczaj spania z jedną ręką pod poduszką. I chociaż tę zwiniętą w kłębek, brudną szmatę ciężko było nazwać poduszką, to zwyczaj ten zachował i tutaj. Dzisiejszego dnia jednak jego ręka, wsuwając się pod tą prymitywną poduszkę, natknęła się na jakąś przeszkodę. Zacisnął chude palce na tym miękkim czymś i ostrożnie wyciągnął, chroniąc przed wzrokiem współwięźniów. Kiedy otworzył dłoń, zamarł. W ręku ściskał pół kromki chleba, a z pryczy znajdującej się kilka metrów dalej spoglądały na niego jasnozielone, błyszczące oczy.

            A potem Draco nagle stracił resztkę nadziei, którą miał. Odsunął od siebie Mariettę i ta boleśnie to na sobie odczuła. Drobne czułości, które jeszcze czasem między sobą wymieniali, zniknęły. Nie trzymał jej już za rękę, nie obejmował jej, nie drzemał z głową na jej ramieniu. Kiedy się zraniła, nie oparzył jej troskliwie, ale jedynie oderwał kolejny skrawek ubrania i podał jej bez słowa. Przestał się zupełnie odzywać. Siedział tylko, wpatrując się w swoje chude, żylaste dłonie, albo gdzieś w dal, właściwie bez konkretnego celu.

            Kiedy nadzieję stracił Draco, straciła ją również Marietta. I Potter. Bo Potter całą swoją nadzieję pokładał w Draco. Bo to Draco trzymał się najlepiej ze wszystkich. Nie Marietta, która kuliła się ze strachem na sam widok któregoś z brutalnych strażników. Nie Rhiannon, która spędzała całe dnie rozpaczając nad grobem męża. Nie Bellatrix, która już nawet nie wychodziła z magazynów. Nie Seamus, który co wieczór kwilił cicho w ramię Deana. Nie Dean, który całował jego palce, gapiąc się tępo w ścianę. Nie Molly, która po utracie wszystkich dzieci, utraciła także rozum i spędzała cały czas na pryczy sąsiadującej z pryczą Bellatrix. Nie Cho, która była w zasadzie głupiutką dziewczyną i wpadła w rozpacz, kiedy obcięto jej włosy, jak wszystkim innym kobietom tutaj. Nie Ernie, który był świadkiem rozstrzelania jego matki i teraz przesiadywał przed ścianą i wpatrywał się w zaschnięte plamy jej krwi, wciąż zdobiące cegły.

            To Draco był tutaj najsilniejszy. Ale teraz i Draco stracił nadzieję, nie tylko swoją, ale i tę, którą w nim pokładano. Niegdyś palce Marietty, splecione z jego własnymi, czy ukradkowe spojrzenia Pottera wiele dla niego znaczyły, teraz stały mu się obojętne. Nie wierzył, że kiedykolwiek stąd wyjdzie. Nie pragnął już życia, ale nie pragnął też śmierci. Nie pragnął niczego. Zobojętniał.

            Zrozumiał, że to koniec. Że nie jest w stanie zrobić nic. Zawsze uważał się za tego lepszego, mugoli miał za zwykłe śmiecie i był święcie przekonany, że nikt nie jest w stanie zrobić mu czegoś złego. Leżąc na cuchnącej pryczy wśród dawnych znajomych i zupełnie obcych mu ludzi zrozumiał, jak przez całe swoje życie był przeraźliwie głupi.

            Następnego dnia dwóch strażników brutalnie zgwałciło Mariettę, a po wszystkim roztrzaskali jej głowę o mur. Draco wykopał jej grób własnymi rękami.

            Tej nocy Potter przyczołgał się na jego pryczę i mocno objął go ramionami. Wtedy w Draco coś pękło, po twarzy popłynęły łzy, a drżące usta niezdarnie odnalazły spierzchnięte wargi Pottera.

            Rano obudził go kopniak. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą zniesmaczoną twarz strażnika. Szturchnął gwałtownie Pottera, budząc go, by ten natychmiast wysunął się z jego ramion.

            – Cioty. – wycedził z obrzydzeniem mężczyzna. – Jebane pedały.

            Świat wirował mu przed oczami, kiedy ów strażnik i jeden z jego kompanów pchali ich w stronę wyjścia. Napotkał spojrzenie swojej siostry, Rhiannon. Było puste, jakby Draco był dla niej zupełnie obcą osobą.

            Nie pozwolono im nawet założyć butów, więc ich stopy boleśnie odczuły szybki spacer przez ostry żwir. Z jednej z wieżyczek rozległ się wstrętny rechot. Ktoś cieszył się niezmiernie z nadchodzącego widowiska. Trzech młodych żołnierzy z nienawiścią wypisaną na twarzy ustawili się w szeregu, gdy dwóch młodych chłopców zostało popchniętych na mur, ozdobiony licznymi, ciemnoczerwonymi plamami.

            Wiedział, że Potter się w niego wpatruje, jednak Draco patrzył prosto na skierowane w nich lufy pistoletów. Strażnik, który ich przyłapał, mówił coś po niemiecku do innego mundurowego. Jego mina, z której można było wyczytać obrzydzenie, świadczyła o tym, że opowiada właśnie, co zobaczył chwilę wcześniej. Draco pomyślał o Deanie Thomasie, który co wieczór całował Seamusa Finnigana na dobranoc, jakby chciał odgonić od niego złe sny. Merlinie, niech na siebie uważają.

            Padł rozkaz, co prawda po niemiecku, jednak Draco zrozumiał go doskonale. Palce Pottera w ułamku sekundy zaplotły się wokół jego kościstego nadgarstka. I wtedy Draco się złamał. Odwrócił gwałtownie głowę i spojrzał prosto w załzawione oczy Pottera.

            Nie zdążył jednak upewnić się, czy tym, co w nich zobaczył, była miłość.

niedziela, 10 sierpnia 2014

[M] Nie zdążyłeś

 Tytuł: Nie zdążyłeś
Autor: Marietta Riddle
Rodzaj: Miniaturka
Długość: 1 161 słów
Parring: Wolfstar
Beta: Kaleid
Ostrzeżenia: Angst

A/N: Jedna z dwóch miniaturek o Syriuszu i Remusie. Obie są angstami – muszę popracować nad tym parringiem i stworzyć coś niezakrapianego łzami. Natalio, mam nadzieję, że Ci się spodoba!



 Nie zdążyłeś






To nie stało się z dnia na dzień. Na samym początku jest dla ciebie, jak każdy inny przyjaciel, potem uznajesz, że świetnie czujesz się w jego towarzystwie. Nieco później robisz wszystko, co możliwe, by tylko być przy nim.
Stajecie się nierozłączni. Wszędzie ty i on, ty i on. Wy. Jesteś dumny, bo czujesz, jakby był twoją własnością. Jakby nie należał do nikogo innego. Ale w głębi duszy zdajesz sobie sprawę, że on nie należy do nikogo, a już na pewno nie do ciebie. Ta myśl tak boli, że z całej siły odrzucasz ją w najgłębsze czeluści swojej podświadomości.
Zaczynasz się uzależniać od jego obecności. Nie możesz wytrzymać dłużej, niż godziny bez jego widoku. Wstajesz kilkakrotnie w nocy, by dyskretnie zajrzeć za purpurową kotarę jego łóżka. Zawsze śpi tak spokojnie – nie chrapie jak Peter, nie rzuca się jak James. On zawsze leży na boku, zwinięty jak embrion, z dłonią pod policzkiem. Wygląda tak niewinnie, jak dziecko. To tylko złudzenie – dobrze wiesz, że to największy psotnik, jakiego w całym życiu poznałeś.
Wmawiasz sobie, że to tylko przyjaźń, ale któregoś dnia dociera do ciebie straszna prawda. Zamykasz się w sobie, starasz się od niego odsunąć, ale nie potrafisz. To dla ciebie zbyt trudne. Brakuje ci go jak powietrza, czujesz, jakbyś się dusił. Łykasz gorące łzy i wciąż powtarzasz „wszystko w porządku”, w odpowiedzi na jego zmartwiony wzrok, gdy pyta co się dzieje. Ale nic nie jest w porządku i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę.
Dziękujesz wszystkim siłom wyższym, że kończycie szkołę, choć gdzieś w głębi czujesz ból – tak silny, że myślisz, że zaraz umrzesz. Ale nie umierasz – ciągle żyjesz, ciągle tęsknisz. Z początku widujecie się dosyć często, lecz nie tak często, jak za czasów szkoły. A potem się od siebie oddalacie. Spotykacie się coraz rzadziej, a ty zastawiasz się, co powoduje jego czujne spojrzenie. Wyraźnie cię o coś podejrzewa.
Kiedy dowiadujesz się, że zdradził, że wydał swoich przyjaciół, czujesz ból, przenikający cię do szpiku kości. Nie wierzysz – nie, to jest niemożliwe. Przecież go znasz, lepiej niż wszyscy i ty doskonale wiesz, że tego nie zrobił. Ale kiedy patrzysz, skryty za jakimś drzewem, jak prowadzą go przez bramę Azkabanu, a potem rozlega się metaliczny dźwięk zamykanych wrót, uświadamiasz sobie, że to jednak prawda. Jest zdrajcą.
Umierasz przez dwanaście lat. Umierasz za każdym razem, gdy o nim pomyślisz. Umierasz przez cały czas.
I po dwunastu latach go spotykasz. Już nie jest tym młodym chłopakiem, jakim go zapamiętałeś, ale przecież i ty się zestarzałeś. Jego włosy, wciąż czarne, jak jego nazwisko, są jednak poprzetykane nitkami siwizny, twarz pokrywają mu liczne zmarszczki, a gdzieniegdzie jaśnieją blizny. Schudł, bardzo schudł, chyba nawet jest chudszy niż ty, a to ciężkie do osiągnięcia. Nie zmieniły się tylko oczy – wciąż tętnią tą niepohamowaną chęcią życia, chęcią walki - mimo, pomimo i wbrew.
Czujesz, jakby coś cię rozrywało od środka, ale tym razem nie jest to nieprzyjemne uczucie. Jest niewinny, niewinny. Nie jest zdrajcą, nie jest mordercą. Masz ochotę krzyczeć, skakać, śmiać się i płakać na przemian, ale coś cię powstrzymuje. Jego zniecierpliwione spojrzenie. Zabijmy go, mówi, czekałem na to dwanaście lat, o dwanaście lat za dużo. Nie pozwalasz mu. Teraz, kiedy wiesz, że nie jest mordercą, nie możesz dopuścić do tego, by się nim stał. Potem on ma do ciebie żal, bo prawdziwy zdrajca uciekł, ale ty wiesz, że postąpiłeś słusznie. Nie jest na ciebie obrażony zbyt długo – pod tym względem się nie zmienił, nigdy nie potrafił się długo dąsać.
Mieszkacie wraz z kilkoma innymi osobami na Grimmauld Place, tam jest bezpiecznie. Któregoś dnia przychodzi do twojego pokoju i mocno cię przytula. Czujesz to samo, jak w szkole, gdy obejmował cię ramieniem. Długo trzyma cię w swoim uścisku, jakieś kilka minut, po czym odsuwa się od siebie i patrzy prosto w twoje oczy. Twarz ma mokrą od łez. Cieszę się, że cię odzyskałem, mówi. I wtedy ty też zaczynasz płakać.
Spędzacie ze sobą jeszcze więcej czasu, niż w szkole i jesteś szczęśliwy. To nieposkromione szczęście zostaje przyćmione, gdy uświadamiasz sobie, że on nadal jest więźniem. Więźniem własnego domu, którego tak zawsze nienawidził. Że tak naprawdę nie jest wolny, bo, mimo tego, że on i parę innych ważnych osób wie, że jest niewinny, cała reszta czarodziejskiego świata wciąż ma go za mordercę. Wiesz, że go to boli, ale nie masz pojęcia jak temu zaradzić.
Widzisz, jaki jest wściekły, gdy Dumbledore pierwszy raz mówi „nie”. Uderza pięścią w ścianę i od razu zastanawiasz się, gdzie położyłeś eliksir na siniaki. W jego oczach błyszczy niema prośba. Duszę się, mówi, ale dyrektor pozostaje nieugięty i odchodzi, a on płacze w twoich ramionach. Dusi się, a ty nie możesz mu oddać swojego oddechu. Zostajesz z nim, już nigdzie nie wychodzisz i zaczynasz rozumieć co on czuje. Dusicie się.
I w końcu nie wytrzymuje i ucieka. Myślisz, że gdyby wiedział, co się wydarzy, nigdy by tego nie zrobił, ale gdzieś w podświadomości, zdajesz sobie sprawę z tego, że to i tak była ostatnia rzecz, której się bał.
Gdy orientujesz się, że zniknął, informujesz resztę Zakonu i ruszacie za nim. Przybywacie niemal jednocześnie i rozpoczyna się walka. Walczysz z Dołohowem, ale i tak kątem oka obserwujesz jego. Widzisz, jak walczy ze swoją kuzynką Bellatrix, widzisz obłęd w jej oczach i czystą nienawiść w jego. Zaklęcie Dołohowa przelatuje ci tuż obok głowy, ale ty nawet tego nie zauważasz. On się śmieje, śmieje się szyderczo, patrząc prosto w jej oczy.
I wtedy słyszysz szaleńczy wrzask Bellatrix, słyszysz te dwa przeklęte słowa, widzisz błysk zielonego światła. Nie widzisz strachu w jego oczach, widzisz zaskoczenie. Czy naprawdę się tego nie spodziewał? I teraz ona się śmieje, śmieje się śmiechem szaleńca, który nie ma nic do stracenia, a ty czujesz wszechogarniającą cię pustkę.
Jego ostatnim ruchem jest krok do tyłu, osuwa się za zasłonę przy łuku. Doskonale wiesz, co to za zasłona i wiesz, że nie zostało ci nawet jego ciało. Czujesz tępe pulsowanie w głowie, bledniesz. Widzisz, jak Harry biegnie, jak szykuje się do skoku za zasłonę, chce go ratować. Ale ty przecież doskonale wiesz, że nie ma szans, więc łapiesz go.
Harry krzyczy. Jeszcze nigdy nie słyszałeś takiego krzyku – jest to krzyk przepełniony bólem, nienawiścią i żalem. Ten krzyk jest tak bolesny, że zastanawiasz się, czy twój mózg właśnie nie zaczął krwawić.
Ty nie krzyczysz. Nie krzyczysz, ale gdy tylko Harry trochę się uspokaja i go puszczasz, osuwasz się na kolana i wpatrujesz w przeklętą zasłonę. Tonks podbiega i obejmuje cię, ale odpychasz ją tak, że upada. W tym momencie jej nienawidzisz. Nienawidzisz wszystkich. Nienawidzisz samego siebie. Nienawidzisz nawet jego. Rozpadasz się na milion kawałków i wiesz, że nikt nie będzie w stanie cię poskładać.
Nie zostało ci nawet jego ciało. Nie będziesz mógł go pochować. Nie będziesz mógł pójść na jego grób, nie będziesz mógł położyć na pomniku kwiatów – miodowozłotych róż, które tak lubił. Czujesz, jak po twoich lodowatych policzkach spływają gorące łzy, które palą twoją skórę i uświadamiają, że on nie żyje, nie żyje, nie żyje.
Nawet nie zdążyłeś powiedzieć mu, jak bardzo go kochasz.

piątek, 8 sierpnia 2014

[M] Cześć, Potter, umówisz się ze mną?

Tytuł: Cześć, Potter, umówisz się ze mną?
Autor: Marietta Riddle
Rodzaj: Miniaturka
Długość: 1 172 słowa
Parring: Drarry/Blainny
Beta: Kaleid
Ostrzeżenia: Fluff!

A/N: Popularne w środowisku Drarry powiedzenie mówi, że dobra Ginny to martwa Ginny. Jako, że lubię wyzwania, postanowiłam złamać ten stereotyp, chociaż postaci Ginevry sympatią nie darzę. Jak wyszło? Fluffowo. Raz na jakiś czas trochę słodyczy nie zaszkodzi!



Cześć, Potter, umówisz się ze mną?






­­­Ginny Weasley mamrocze coś pod nosem i, jak gdyby nigdy nic, przechodzi przez ścianę, pod którą stoi. Jej oczom ukazuje się dobrze znany widok – Pokój Wspólny Ślizgonów. Dziewczyna skupia na sobie wzrok wszystkich. Większość spogląda na nią obojętnie – jej widok tu już nikogo nie dziwi, kilkoro obrzuca ją spojrzeniem z nutą sympatii. Idzie w głąb pomieszczenia, ku grupce osób zajmujących kanapę przy kominku. Blaise Zabini macha do niej, posyłając miły, szeroki uśmiech.
– Cześć – odzywa się rudowłosa, uśmiechając się do nich wszystkich. Prócz Blaise’a jest tu także Pansy, Milicenta, Vincent i Gregory.
– Cześć, Gin – odpowiada Milicenta, podnosząc wzrok ze stron czytanej książki. Reszta kiwa jej głowami. Greg unosi dłoń w geście powitania.
– Draco u siebie? – pyta Ginny, na co mina Blaise’a nieco rzednie, a w jego oczach pojawia się lekko dostrzegalny błysk zazdrości. Pansy kiwa głową i Ginevra rusza w stronę męskich dormitoriów.
Celem jej wspinaczki po schodach są czarne drzwi. Uderza w nie srebrną kołatką w kształcie zwiniętego węża. Zawsze wzbudza w niej odrazę, więc czuje wdzięczność, gdy po chwili słyszy ciche „wejść”. Ciche, lecz stanowcze, z nutą obojętności. Ruda naciska klamkę i po chwili znajduje się w jaskini lwa… albo raczej smoka.
Całe dormitorium wypełnia papierosowy dym, którym z lubością zaciąga się blondwłosy chłopak, spoczywający na łóżku. Na szafce nocnej stoi, opróżniona do połowy, butelka Ognistej Whisky, a popielniczka jest przepełniona petami. Ginny bezceremonialnie odpada na łóżko, tuż obok chłopaka i opiera głowę o jego klatkę piersiową. Jej długie, ogniste loki, pięknie kontrastują z czernią jego jedwabnej i zapewne drogiej koszuli. Beżowy, wełniany sweterek, wytarte dżinsy i czerwone trampki wyglądają zabawnie przy owej koszuli i czarnych spodniach szytych na miarę, ale ani ona, ani on nie zwracają na to uwagi. Draco machinalnie unosi rękę i przeczesuje długimi palcami jej włosy pachnące cytrusami. Ona oddycha głęboko i zamyka powieki. Uwielbia, kiedy ktoś bawi się jej włosami. Po chwili jednak otwiera oczy i stanowczo odsuwa się od chłopaka.
– Draco – warczy, a on przewraca oczami. – Tak dłużej nie może być.
– Co masz na myśli, rudzielcu? – mówi Draco, uśmiechając się krzywo. Ginny prycha na rudzielca, ale nie komentuje tego. Draco może.
– Och, pomyślmy. – Jej głos ocieka sarkazmem. Wskazuje na butelkę Ognistej i popielniczkę. – Niedługo się wykończysz.
– Nie dramatyzuj, Gin – mamrocze Ślizgon, a jego oczy robią się smutne. Ginny mięknie i obejmuje go mocno.
– Draco… – szepcze i całuje przyjaciela w czoło. – Tak nie może być – powtarza. – Musisz coś z tym zrobić, Smoku.
– Ale co? – pyta Malfoy, a w jego smutnych oczach błyszczą łzy, które rozczulają Gin całkowicie.
– Zrób pierwszy krok. – Ginny wplata palce w jego włosy, tworząc kontrast między swoimi ciemnoróżowymi paznokciami, a jego platynowymi kosmykami. Draco prycha.
– Cześć, Potter, umówisz się ze mną? – mówi piskliwym, modulowanym głosem i Gryfonka, mimo woli, parska śmiechem.
Po chwili śmieją się oboje.
– Cieszę się, że cię mam – mamrocze Draco, wtulając nos w rude włosy Ginny i zaciągając się zapachem cytrusów.
– Ja też się cieszę, że mnie masz – chichocze Weasley, a Ślizgon przewraca oczami, ale uśmiecha się szeroko.

Ginny Weasley spaceruje wzdłuż korytarza na piątym piętrze, gdy nagle słyszy niezdarnie tłumiony szloch gdzieś zza rogu. Wychyla głowę i widzi siedzącego pod ścianą Draco Malfoya, który obejmuje ramionami swoje chude kolana, a twarz wtula w rękawy zielonego swetra. Wygląda tak nieszczęśliwie, że Ginny nawet nie wie, jakim cudem nagle znajduje się obok niego, osuwając się na kolana i przytulając go.
– Nie płacz, Malfoy – mówi, a on odsuwa się od niej gwałtownie.
– Weasley? – mamrocze z niedowierzaniem. – Spadaj, daj mi spokój. I nie waż się nikomu o tym mówić – warczy, patrząc na nią spode łba. Ona łapie to spojrzenie, ale w jej wzroku Draco może dostrzec tylko empatię.
– Możesz mi zaufać – mówi stanowczo, ale Draco już to wie. Widzi to w jej oczach.

Ginny wchodzi do Wielkiej Sali u boku Hermiony, ale kilka kroków od drzwi rozdzielają się. Hermiona podchodzi do stołu Gryffindoru, Ginny rusza nieco dalej, do stołu Ślizgonów i siada obok Draco. Na ten widok Ron prycha i przewraca oczami, ale nie komentuje. Doskonale pamięta cios wymierzony mu przez siostrę, gdy obraził przy niej Malfoya.
– Mam nadzieję, że oni nie są razem, to by było straszne – szepcze Harry’emu do ucha, a ten wzdryga się lekko, czując ukłucie zazdrości.
– Tak, to było by straszne – mamrocze w odpowiedzi i wraca do przerwanej czynności, czyli niemrawego mieszania łyżką wystygniętej owsianki. Co chwilę rzuca spojrzenie w stronę stołu Slytherinu, gdzie Ginny mówi coś do Malfoya, trzymając rękę na jego ramieniu.
Harry odsuwa od siebie miskę z owsianką i, ignorując pytające spojrzenia Rona i Hermiony, rusza w stronę wyjścia. W tym samym momencie Ginevra podrywa się z miejsca i udaje się za Harrym, ciągnąc za sobą Draco.
– Gin – marudzi Draco, posłusznie idąc za rudowłosą. – Gdzie ty mnie ciągniesz?
– Pomagam ci zrobić pierwszy krok – oznajmia, wyraźnie z siebie zadowolona. Ślizgon robi przerażoną minę, ale Ginny nawet nie zwraca na to uwagi, uśmiechając się lekko.
Idą na tyle szybko, że za następnym zakrętem widzą już Harry’ego. Draco kątem oka zauważa, że Gin wysuwa z rękawa różdżkę i mamrocze coś pod nosem. Potter nagle, ot tak, bez powodu, ląduje na ziemi z głośnym hukiem. Młoda Weasley chwyta blondwłosego przyjaciela za przedramię i ciągnie w stronę Gryfona.
– Harry, nic ci nie jest? – wykrzykuje z troską, popychając Malfoya w stronę bruneta. – Ale się wystraszyłam! – Rzuca znaczące spojrzenie Draconowi. Ten wzdycha cichutko i wyciąga rękę do Harry’ego. Potter przez chwilę spogląda na niego nieufnie, ale kilka sekund później łapie oferowaną dłoń i wstaje z kamiennej posadzki, próbując ignorować dreszcz, który przebiegł przez jego ciało pod wpływem dotyku ciepłej, delikatnej dłoni Malfoya.
Ginny przygryza lekko dolną wargę. Cała akcja przebiega spontanicznie, więc musi szybko coś wymyślić. Nagle uderza się otwartą dłonią w czoło.
– Zostawiłam torebkę pod stołem! – wykrzykuje. – Muszę po nią polecieć! – Odwraca się na pięcie i po chwili znika im z oczu.
– Nie miała torebki, gdy przyszła do Wielkiej Sali – mówi cicho Harry i Draco przeklina w myślach głupie pomysły Ginevry i spostrzegawczość Pottera.
Zapada niezręczna cisza. Kiedy Draco w końcu się odzywa, robi to tak niespodziewanie, że nie tylko Harry podskakuje, ale i on sam lekko drga. Jest niezmiernie zaskoczony tym, co mówi, jakby nie kontrolował słów wypływających z jego ust:
– Cześć, Potter, umówisz się ze mną?


Trzy miesiące później

– O, tu jesteście. – Ron wchodzi do swojego własnego dormitorium z niepewną miną i spogląda na swoją siostrę, siedzącą na łóżku Harry’ego. On sam stoi przed lustrem i poprawia włosy.
– Coś się stało, Ronald? – Ginny spogląda na brata, unosząc lewą brew, a on ucieka przed nią wzrokiem. Harry odwraca się od lustra.
– W Pokoju Wspólnym czekają na was wasi… – Ron zacina się. – …partnerzy życiowi. – Czerwieni się widowiskowo i natychmiast znika za drzwiami. Ginny śmieje się, a Harry jej wtóruje, z powrotem odwracając się do lustra.
– Och, ten Ron – mówi Ginny, wstając z łóżka. – Wciąż jeszcze nie pogodził się z naszymi związkami, ale dzielnie się stara. – Harry kiwa głową.
– Dobrze wyglądam w tej koszuli? – pyta rudowłosą przyjaciółkę, odwracając się w jej stronę i prezentując ciemnozieloną koszulę, gustownie dopasowaną do granatowych spodni. – A może zmienić na jakąś inną?
– Wyglądasz fantastycznie, Harry. – Gin się uśmiecha. – A teraz chodź, bo Draco i Blaise będą się niecierpliwić.
­­